Maroko to pierwszy kraj poza Europą, który odwiedziłam. Mimo że czytałam o tym kraju i o Marakeszu zanim wyjechałam, niektóre rzeczy zaskoczyły mnie a niektóre wyobrażałam sobie inaczej. Przeczytaj czego możesz się spodziewać w tym mieście.

1. Chaos i smród na ulicach

Pierwsze co zwróciło moją uwagę, kiedy przyleciałam do Marakeszu to smród spalin. Po mieście jeździ wiele starych samochodów i skuterów, które po prostu śmierdzą. A skutery są wszędzie, nawet w wąskich ulicach na starym mieście (medynie). Zdjęcie poniżej przedstawia dosyć szeroką ulicę. Wiele z nich ma zaledwie ok. 3 metry szerokości i tam również ludzie na skuterach przeciskają się między pieszymi.

skuter w marakeszu

Zwrócił moją uwagę również chaos na głównych, ruchliwych ulicach. Ludzie przechodzą poza przejściami dla pieszych, samochody i skutery wjeżdżają na przejście, kiedy wciąż po nim idziesz… wygląda to strasznie. Ale o dziwo wcale nie odczułam, żeby było tam niebezpiecznie. Zgadza się, nie ma tam zasad ruchu drogowego jak w Europie – a w każdym razie nie są przestrzegane. Zgadza się, jest chaos, ale każdy na każdego uważa. Kierowcy jeżdżą powoli i ostrożnie. I mówiąc „każdy” mam też na myśli pieszych. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, nie możesz myśleć, że jesteś bezpieczny, bo jesteś na przejściu dla pieszych a przechadzając się uliczkami nie możesz po prostu przyglądać się produktom w sklepie i przechodzić na drugą stronę nie patrząc co jest za tobą.

Myślę, że to jest ich zasada – „nie polegaj na zasadach, po prostu się rozglądaj”. W pewnym sensie podobało mi się to.

2. Medyna i Dżami al-Fana

Chyba najbardziej znane miejsca w Marakeszu to medyna – stare miasto i Dżami al-Fana – targowisko w medynie. Można tam kupić prawie wszystko – olejek arganowy, herbatę, przyprawy, odzież, biżuterię, pamiątki, torebki, dywany, antyki, naczynia, świeżo wyciskany sok pomarańczowy, mięso (w tym świeżo zabite kurczaki), widziałam nawet sztuczne szczęki. Można też zrobić sobie tatuaż z henny, zdjęcie z małpą, zobaczyć zaklinaczy węży i posłuchać gawędziarzy (po arabsku).

marakesz Dżami al-Fana

Jeśli lubisz zakupy, tłumy i hałas, będziesz w swoim żywiole. Ja nie byłam. Nie można tam po prostu przejść się i pooglądać lokalne produkty, bo co chwile ktoś chce ci coś sprzedać. Nie możesz po prostu odmówić kupienia czegoś, jeśli już to obejrzałeś, bo będą za tobą iść i wołać, zmuszając do zakupu. Jeśli chcesz coś kupić, nie możesz po prostu zobaczyć ceny i kupić, musisz negocjować, chyba że chcesz zapłacić dużo więcej, niż jest to warte… wolę europejskie sklepy ;)

Ja się skusiłam, a raczej zgodziłam się kupić kilka rodzajów herbat. Wszystkie okazały się bardzo słabe i niezbyt smaczne. Chyba w końcu będę musiała wyrzucić, bo od 1,5 roku zalegają mi w szafce i nie mogę ich wypić…

3. Niby-przyjaźni lokalni przewodnicy

Jeśli zgubisz się w Marakeszu albo będziesz wyglądać na zagubionego, z łatwością spotkasz uprzejmych lokalsów, którzy zaoferują ci pomoc i zaprowadzą w odpowiednie miejsce. Na koniec zażądają pieniędzy ;) Wiedzieliśmy o tym i próbowaliśmy unikać takich ludzi, jednak raz, kiedy nie wiedzieliśmy jak dostać się w pewne miejsce, skorzystaliśmy z pomocy nastolatków, którzy akurat grali w piłkę na rogu ulicy. Powiedzieli, aby pójść za nimi, zaprowadzili nas do tego miejsca, które znajdowało się ok. 300 – 500 m stamtąd i poprosili o pieniądze…

Aby uniknąć takich sytuacji lepiej pytać policjantów. Oni nie zażądają pieniędzy, chociaż z drugiej strony ich pomoc może nie być użyteczna z powodu… marokańskiego humoru.

4. Marokański humor

Marokańczycy lubią żartować poprzez małe kłamstewka. „Nie, nie mamy ciepłej wody w swoim hostelu”. „A dla ciebie kuskus z warzywami” (do kolegi, który zamówił mięso). Może to być zabawne, ale jednego razu, kiedy spytaliśmy policjantów o drogę do pewnego miejsca, które wiedzieliśmy, że jest gdzieś w pobliżu i usłyszeliśmy, że musimy „iść tam, potem tam, potem tam” i tak dalej, naprawdę nie wiedzieliśmy czy mówią prawdę, czy żartują ;)

5. Napiwki w restauracjach

Napiwki oczywiście są mile widziane nie tylko w Maroku, ale różnica polega na tym, że tutaj kelnerzy czasami biorą je sobie sami. „To reszta dla ciebie i 10 MAD dla mnie, ok?”. Inny kelner położył resztę na spodku i sekundę później zabrał ją, zanim ja zdążyłam.

Nie chciałam się kłócić, ale nie podobało mi się takie zachowanie…

6. Koty

W Marakeszu jest mnóstwo kotów! Leżą przy budynkach, w ogrodach, kręcą się przy tobie jak jesz posiłek na ulicy…

Nie widziałam natomiast prawie żadnych psów. Natknęłam się tylko na jedną osobę z dwoma psami i na tego jednego na zdjęciu. Pewnie wygląda to podobnie w innych arabskich krajach. Oni po prostu nie lubią psów, ale kochają koty. Nie wiedziałam o tym przed wyjazdem, więc było to dla mnie dosyć zaskakujące, kiedy wciąż przed moimi oczami pojawiały się kolejne koty :)

pies w marakeszu

7. Zabytki

Nie jestem fanką muzeów i innych atrakcji turystycznych, ale odwiedziłam kilka z najbardziej znanych miejsc.

Jedno z nich to Nekropola Sadytów – powstały w XVI wieku grobowiec członków dynastii Saadytów.

Nekropola Sadytów

Nekropola Sadytów

Nie byłam zachwycona, to po prostu groby i ogród. Jeśli pasjonujesz się historią i architekturą, może znajdziesz tam coś bardziej interesującego.

Inne miejsce, również warte odwiedzin jeśli lubisz architekturę to Pałac Bahia i jego ogród. Został zbudowany w XIX wieku i naprawdę włożono w to dużo pracy. Podłogi, sufity, kolumny – wszystko jest dopracowane w najmniejszych szczegółach.

marakesz, pałac bahia

marakesz, pałac bahia

marakesz, pałac bahia

Trzecie znane miejsce, które odwiedziliśmy to Ogrody Majorelle. Naprawdę ładne z wieloma gatunkami roślin, które widziałam pierwszy raz. Ogród jest dobrze utrzymany i dopracowany w szczegółach, jednak spodziewałam się czegoś większego. Wejście kosztuje 70 MAD (ok. 30 zł) i można obejrzeć wszystko w 20 – 30 minut. Jest tam również muzeum, płatne oddzielnie.

ogrody majorelle, marakesz

8. Higiena

Zanim przyleciałam do Maroka, czytałam wielokrotnie o kiepskiej higienie w tym kraju oraz o ryzyku biegunki podróżnych i żółtaczki typu A. Aby uniknąć problemów zaszczepiłam się na żółtaczkę i w pierwszych dniach pobytu używałam żelu antybakteryjnego przed posiłkiem w restauracji, brałam tabletki z probiotykami a do mycia zębów używałam przegotowanej wody. Czułam się dobrze, dlatego w kolejnych dniach nie byłam już tak restrykcyjna. Odstawiłam żel antybakteryjny i tabletki, a zęby myłam używając wody z kranu. Wypiłam nawet świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej kupiony od ulicznego sprzedawcy, który zapewne nie mył szklanek zbyt dokładnie. Wciąż nie miałam żadnych problemów, podobnie pięcioro moich znajomych.

Może mieliśmy po prostu szczęście, a może uniknęliśmy problemów, bo byliśmy tam zimą, więc nie było tak gorąco, w każdym razie nie mieliśmy żadnych złych doświadczeń.

9. Stosunek do kobiet

Kolejna rzecz, o której czytałam dużo przed wyjazdem i która okazała się wcale nie taka straszna to stosunek Marokańczyków do kobiet. Czytałam, że każda Europejka zwraca ich uwagę, że będą mnie zaczepiać i nie powinnam się do nich uśmiechać ani odpowiadać na ich komentarze… W rzeczywistości nie spotkało mnie takie zachowanie. Byliśmy w grupie 5 kobiet i 1 mężczyzna, ale czasami przechadzałam się tylko z dwoma koleżankami albo sama i nikt nas nie zaczepiał. To znaczy zaczepiali, ale tylko po to, żeby coś nam sprzedać ;)

To też być może dzięki zimie. Było około 10 – 17°C, więc byłyśmy ubrane ciepło. Może inaczej to wygląda jeśli chodzi się po ulicy w krótkich spodenkach i koszulkach na ramiączkach, ale ja osobiście nie zauważyłam innego zachowania w stosunku do kobiet niż w Polsce.

10. Problemy na lotnisku

Maroko nie przywitało mnie miło. Pierwsze problemy zaczęły się przy odbiorze bagażu. Okazało się, że w moim plecaku jest dziura, mimo że próbowałam go zabezpieczyć i włożyłam do grubego worka na śmieci. Było to ok. 3 cm rozcięcie, ewidentnie zrobione czymś ostrym. Zapytałam pracownika stojącego obok, jak mogę złożyć reklamację, ale usłyszałam, że nie mogę, ponieważ plecak „nie jest zniszczony” i mogę go wciąż używać. Zgadza się, da się go wciąż używać, ale to jednak drogi plecak, kupiony zaledwie kilka miesięcy wcześniej… W drodze powrotnej, z Marakeszu do Londynu Stansted znowu nie został odpowiednio potraktowany – tym razem został przetarty w jednym miejscu. Z Londynu Stansted do Warszawy Modlin oraz w drugą stronę wszystko było w porządku, więc podejrzewam, że to pracownicy lotniska w Marakeszu niezbyt ostrożnie obchodzą się z bagażami.

Kolejne kłopoty nastąpiły kiedy poszłam (wciąż zła z powodu zniszczonego plecaka) do kantoru. Dałam pieniądze w euro i zamiast po prostu wymienić mi je na dirhamy, pracownica zaczęła opowiadać o marokańskiej karcie kredytowej. Nawet nie zapytała czy wolę gotówkę, czy kartę, tylko od razu powiedziała, że weźmie 300 MAD na aktywację karty, zasili kartę kwotą 500 MAD a resztę da mi w gotówce. Dzięki tej karcie mogłabym płacić w sklepach bez płacenia prowizji za przewalutowanie, a jeśli nie wydałabym wszystkiego, mogłabym zwrócić wszystko przed wyjazdem z Maroka. Zrozumiałam, że „wszystko” oznacza również te 300 MAD za aktywację, ale kiedy spytałam o to dla pewności okazało się, że ta kwota nie zostanie zwrócona i że karta już została aktywowana i nie można tego cofnąć… Kłóciłam się z 15 minut żeby po prostu dostać gotówkę! Przynajmniej w końcu dostałam… Nie wiem dlaczego próbowała wcisnąć mi tę kartę. Moi znajomi wymieniali pieniądze w tym samym kantorze, ale u innych pracowników i zwyczajnie dostali gotówkę, nikt nawet ich nie poinformował o karcie. Podejrzewam, że trafiłam na nową pracowniczkę, która pewnie starała się mnie zadowolić, ale w każdym razie uważajcie na to i nie dajcie sobie sprzedać czegoś, czego nie potrzebujecie.

Ostatnie co warto wiedzieć, to procedury na lotnisku. Koniecznie weźcie długopis do bagażu podręcznego :) Po przylocie oraz przed odlotem trzeba wypełnić krótki dokument ze swoimi danymi osobowymi, miejscem planowanego pobytu itp. Dokumenty do wypełnienia znajdują się na stojakach, ale lotnisko nie zapewnia niczego do pisania. Jeśli nie weźmiesz swojego, będziesz zmuszony do szukania u innych pasażerów, ochroniarzy czy innych pracowników. Kolejna procedura, która nie jest powszechna to to, że trzeba się odprawić, nawet jeśli leci się tylko z bagażem podręcznym. Dają jakieś pieczątki, które są konieczne do przejścia przez bramki i bez tego, zawrócą do odprawy.

Macie też jakieś ciekawe doświadczenia z Marakeszu? Coś was zaskoczyło albo zirytowało? :)