Przedostatniego dnia mojej podróży po Alpach Austriackich przeszłam ze schroniska Habsburghaus do Karl-Ludwig-Haus, przez via ferraty Kaisersteig i Wildfährte. Nie była to długa wycieczka, ale w sam raz dla mnie, bo nie czułam się najlepiej.

Po tym jak poprzedniego dnia przeszłam via ferratę Haid-Steig z gorączką, tego dnia czułam się jeszcze słabsza. Wybrałam więc tylko 9 km wycieczkę z 600 m zejścia i 900 m podejścia. Pracownik Habsburghaus zarekomendował mi tę trasę, mówiąc, że nie jest oblegana przez turystów. Miał rację. Nie było tam prawie żadnych turystów… jak wszędzie w Austrii ;) To znaczy, nie znam oczywiście całej Austrii, ale miejsca, które dotychczas odwiedziłam były prawie puste. To nie to, co Tatry ;)

Pierwsza ferrata tego dnia to Kaisersteig. Jest wyceniona na A i jest naprawdę prosta.

via ferrata kaisersteig

Wildfährte jest oznaczona jako B i jest trochę bardziej wymagająca. Zawiera fragmenty o dużej ekspozycji oraz miejsca, które nie są ubezpieczone linami, a są dosyć niebezpieczne.

Zanim przyjechałam do Austrii, zastanawiałam się jak trudna jest Orla Perć, porównując do via ferrat w Alpach. Teraz, po przejściu ferrat o różnym stopniu trudności, powiedziałabym, że w skali A-E, Orlę Perć można wycenić na B, może miejscami C.

Nie mam niestety zbyt wielu zdjęć ferraty Wildfährte, bo byłam za bardzo zmęczona, żeby je robić. Poza osłabieniem spowodowanym przeziębieniem, wzięłam też za mało wody. Miałam tylko 1 litr na cały dzień, a było wtedy około 25°C. Musicie mi więc uwierzyć, że widoki są tam świetne :)

Przejście całej ferraty zajęło mi ok. 2,5 godziny, ale myślę, że można ją zrobić w ok. 1,5 godziny. Po dotarciu na szczyt, szlak jest łatwy. Weszłam jeszcze na Heukuppe, najwyższy szczyt pasma Rax. Ma 2007 m, ale wierzchołek jest łagodny. Przypomina trochę Bieszczady.

Tak wyglądała moja trasa:

Następnego dnia zeszłam do Preiner Gschied, skąd autobusem pojechałam do Reichenau i następnie pociągiem do Wiednia. Spędziłam noc w hostelu i wróciłam pociągiem do Warszawy. Akurat mieliśmy 6,5 godzin opóźnienia, więc w końcu miałam czas przeczytać książkę, którą targałam ze sobą przez te kilka dni w górach i nie miałam kiedy czytać ;)