Mulhacén (3479 m) to najwyższy szczyt Półwyspu Iberyjskiego, znajdujący się w Parku Narodowym Sierra Nevada. Jest kilka szlaków prowadzących na szczyt. Niektóre są łatwe, ale ja wybrałam trudniejszy – z miasteczka Trevélez. Prawie mi się udało ;)

To była moja pierwsza wędrówka powyżej 3000 m. Pomimo wysokości, wejście na szczyt jest jednak łatwe. Nie potrzebujesz żadnych umiejętności wspinaczkowych. Latem, nie musisz być nawet przygotowany na śnieg. Nie musisz mieć nawet dobrej kondycji, jeśli wybierzesz krótszy szlak.

Jak wejść na Mulhacén?

  1. Z Capileiry (od południa) – z tego co wiem, to najbardziej popularny szlak. Można podjechać autobusem do Mirador de Trevélez, na wysokości ok. 2700 m. Z tego punktu bez problemu wejdziesz na szczyt i wrócisz do Capileiry w ciągu jednego dnia. Z tego co czytałam, autobus kursuje jednak tylko w sezonie. Ja byłam w Sierra Nevada w październiku i nie udało mi się wcześniej znaleźć w internecie informacji, czy to jeszcze jest „sezon”. Można też podjechać samochodem na wysokość ok. 2200 m (Hoya del Portillo). Bez korzystania z samochodu ani autobusu zdobycie szczytu z tej strony w jeden dzień będzie raczej zbyt trudne.
  2. Z Pradollano (od zachodu) – kolejna opcja, jeśli masz ochotę na krótką wędrówkę, to podjechanie autobusem z Pradollano do Posiciones del Veleta, na wysokości ok. 3000 m. Ten autobus też jednak kursuje chyba tylko w sezonie letnim i nie znam szczegółów.
  3. Z Trevélez (od wschodu) – miasteczko zlokalizowane jest na wysokości ok. 1500 m i nie da się podjechać wyżej. Możesz zrobić dwudniową wędrówkę, nocując w schronisku Refugio del Poqueira albo – jeśli masz dobrą kondycję – wejść i zejść w ciągu jednego dnia.
  4. Z Güéjar-Sierra (od północy) – naprawdę długi, wymagający szlak. Żeby go zrobić w jeden dzień, właściwie trzeba by biec. Możesz też spędzić noc w samoobsługowym schronie Refugio de la Cucaracha.

Moja wędrówka na Mulhacén z Trevélez

Mój ambitny plan zakładał zdobycie szczytu w jeden dzień, nocując w miasteczku Trevélez.

Był październik, dzień miał tylko 11,5 godzin, więc wyruszyłam przed 8. Słońce właśnie wschodziło, kiedy opuszczałam Trevélez.

trevelez, hiszpania

Na początku szlak jest dosyć dobrze oznaczony. Prowadzi wąską ścieżką pomiędzy albo przez pastwiska. Kilka razy przechodzi się przez bramę z tabliczką proszącą, aby zamknąć ją za sobą.

szlak na mulhacen

Cały szlak prowadzi na otwartej przestrzeni. Nie ma żadnego lasu w tej okolicy, na niskich wysokościach są tylko małe krzaki i kilka drzew. Jeśli lubisz roślinność będziesz zawiedziony, ale jeśli wolisz otwartą przestrzeń, tak jak ja, będziesz zachwycony.

trevelez, hiszpania

Zaskoczyło mnie, jak niewielu turystów było na szlaku. Przez cały dzień minęłam chyba tylko czterech. Byłam sama w ogromnych pustych górach i spotkałam więcej zwierząt niż ludzi. Krowy, konie, koziorożce i jakieś drapieżne ptaki. Jeden z nich latał naprawdę nisko nade mną, poniższe zdjęcie zrobiłam z tylko 4-krotnym zoomem.

drapieżny ptak, sierra nevada

Pamiętając moje doświadczenia z chorobą wysokościową na Rysach, trochę obawiałam się tej wędrówki. Nie było jednak tak źle. Wyczytałam, że trzeba dużo pić, aby uniknąć objawów choroby i chyba rzeczywiście mi to pomogło. Dopiero podczas zejścia, kiedy zmniejszyłam ilość przyjmowanych płynów, a byłam wciąż powyżej 3000 m, zaczęłam mieć lekki ból głowy, ale nie miałam nudności ani innych objawów. Być może trochę dłuższy czas na aklimatyzację miał też znaczenie. Przed wejściem na Rysy nocowałam na ok. 1100 m i byłam tam tylko 9 godzin, a tym razem spędziłam 18 godzin na wysokości 1500 m.

Zastanawiałam się tylko, na ile moje osłabienie na dużej wysokości, było skutkiem niskiego ciśnienia, a na ile słabej kondycji. Starałam się iść szybko, bo od rana widziałam chmury nadciągające w moim kierunku i nie chciałam znaleźć się w środku nich. Zależało mi, żeby być już powyżej ich wierzchołka, kiedy nadejdą.

Była g. 13, kiedy dotarłam do Siete Lagunas, na wysokości ok. 2900 m. Po polsku Siedem Stawów, ale naliczyłam tylko trzy. Reszta wyparowała.

siete lagunas, sierra nevada

Szlak, którym szłam, wymaga zapasów jedzenia i picia na cały dzień, bo nie ma po drodze żadnego schroniska. Przy Siete Lagunas są tylko schrony ratunkowe, takie jak ten:

schron ratunkowy, siete lagunas

Była g. 14, kiedy nadeszły chmury. Na szczęście byłam już wyżej, więc miałam moje wymarzone widoki znad chmur :)

mulhacen sierra nevada

Gorzej, że planowałam być na szczycie nie później niż o 14… Przed wyjazdem do Hiszpanii miałam problemy z kolanem. Teraz podczas wejścia dawało radę, ale obawiałam się, czy nie zacznie mnie boleć podczas zejścia, a to znacznie zmniejszyłoby moje tempo. Nie chciałam wracać po nocy, będąc sama, w górach, których nie znam.

Miałam dwie opcje: wejść na Mulhacén i zejść tą samą drogą albo ominąć szczyt, wejść tylko na niższy wierzchołek (Mulhacén II, 3360 m) i wrócić innym, dłuższym szlakiem, tak jak początkowo planowałam. Wybrałam drugą opcję.

Cieszyłam się, że jestem powyżej chmur nie tylko z powodu świetnych widoków, ale też ze względu na słabe oznaczenie szlaku. Nie ma żadnych namalowanych znaków, a jedynie duże kamienie albo wieżyczki z mniejszych kamieni. Pomimo dobrej widoczności, kilka razy zauważyłam, że idę poza szlakiem. W chmurach albo zimą, kiedy śnieg pokrywa kamienie na pewno nie trudno się tam zgubić.

O 15:30 zdobyłam Mulhacén II ;) Było późno, zimno (ok. 10°C i silny wiatr), więc zrobiłam kilka zdjęć i poszłam dalej.

mulhacen II

Wciąż pomiędzy dwoma warstwami chmur, starałam się schodzić jak najszybciej, ale nie mogłam się oprzeć przed zatrzymaniem od czasu do czasu i zrobieniem kilku zdjęć. Nie będę pokazywać wszystkich, bo pewnie nie wszyscy tak się zachwycają chmurami, jak ja, ale dla mnie takie widoki to naprawdę bajka!

To jedna z moich ulubionych fotografii. Cumulusy pode mną, jedna chmura przelatująca w pobliżu i błękitne niebo z cirrusami nade mną. Idealnie!

mulhacen clouds

Oczywiście nie było już tak ładnie, kiedy znalazłam sie niżej i szłam w środku tych chmur… W jednym miejscu, w pobliżu Alto del Chorrillo, miałam poważny dylemat gdzie dalej iść, bo wiedziałam, że gdzieś tutaj powinnam skręcić w lewo, ale nie mogłam wypatrzeć ścieżki.

I wspominałam o koziorożcach :) Widziałam ich sporo w ciągu dnia, ze 20, ale większość była daleko. To najlepsze zdjęcie, jakie udało mi się zrobić.

koziorożce, sierra nevada

Widziałam tylko samice, nie natknęłam się na żadnych samców z tymi dużymi grubymi rogami. Samice koziorożców pirenejskich są podobne do kozic tatrzańskich. W przeciwieństwie do kozic, są jednak bardzo nieśmiałe i nie pozwalają zbliżyć się na mniej niż ok. 50 metrów. W Tatrach, można zbliżyć się do kozic nawet na kilka metrów. Miałam nawet sytuacje, w których to ja się ich bałam, bo stały blisko na ścieżce albo zbliżały się do mnie ;) Ta różnica w zachowaniu myślę, że może wynikać z tego, że w Tatrach kozice są bezpieczne. Trzymają dystans tylko kilku metrów, bo wiedzą, że turyści ich nie skrzywdzą. Natomiast w Sierra Nevada, ludzie polują na koziorożce. Widziałam w internecie zdjęcia szczęśliwych ludzi z martwym koziorożcem, można nawet wykupić wycieczkę, której celem jest upolowanie tego zwierzęcia. Niezrozumiałe to dla mnie, bo to w końcu też park narodowy.

Na szczęście żaden myśliwy przez przypadek mnie nie zastrzelił, nie zgubiłam się, a kolana wytrzymały, i po 12,5 godzinach wędrówki bez żadnej długiej przerwy, wróciłam do Trevélez :)