Warszawska Obwodnica Turystyczna, zwana Krwawą Pętlą, to trasa rowerowa biegnąca po szlakach pieszych dookoła Warszawy. Przyjęte jest, że aby ją zaliczyć, trzeba przejechać jednorazowo w ciągu doby. Tydzień temu i ja podjęłam to wyzwanie.
Czytając w internecie o tej trasie, natknęłam się na różne informacje dotyczące jej długości, ale wahały się między 230 a 250 km. Nastawiłam się na 250 i nie wiedziałam czy zmieszczę się w 24 godziny, bo znając okolice Warszawy spodziewałam się, że będzie dużo piachu i korzeni, ale założyłam, że jeśli nie w 24, to w maksymalnie 26 godzin powinno się udać, bo podobno niektórzy robią to w kilkanaście godzin.
Trasa biegnie głównie czerwonym szlakiem, poza terenem Kampinoskiego Parku Narodowego, gdzie należy jechać szlakiem zielonym, żółtym i niebieskim. Na większości trasy jest dosyć dobrze oznaczona, ale warto mieć mapę albo zapis gpx. Ja jechałam według szlaku oznaczonego w aplikacji mapy.cz.
Zacząć możesz gdzie ci wygodnie, bo z każdej strony Warszawy trasa przebiega przez jakąś stację kolejową. Ja zaczęłam w Chotomowie koło Legionowa i jechałam odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. Nie chciałam jechać w nocy przez Puszczę Kampinoską a poza tym akurat przez dwa dni miał być dosyć silny wiatr z północnego-zachodu, więc zaplanowałam to tak, żeby jadąc po zachodniej stronie Warszawy, gdzie jest dużo otwartych przestrzeni, mieć akurat najsilniejszy popołudniowy wiatr w plecy. Nie do końca mi ten plan wyszedł, bo wyjechałam z puszczy później niż przewidywałam i wiatr już wtedy zaczynał się osłabiać, ale od początku…
Zaczęłam o 12:50.
Na początek Lasy Chotomowskie. Fajne leśne ścieżki…
…ale już po 2 km od startu pierwsze piachy.
Dalej trochę jazdy po trawie i korzeniach…
…i wkrótce miniesz jezioro Trzciany a nad nim mała plaża i budka z hot-dogami, czy czymś takim, jeśli potrzebowałbyś przerwy.
Ja od razu pojechałam dalej. Po wąskich ścieżkach, korzeniach, trawie i piachu można chwilę odetchnąć na wygodnym szutrze i asfalcie, ale tylko chwilę, bo po kilkuset metrach czekają cię pokrzywy.
Po przedarciu się przez nie, znowu kilkaset metrów będziesz mógł odetchnąć, jadąc ścieżką rowerową wzdłuż ul. Modlińskiej, a następnie szlak prowadzi przez 6 km po wale wzdłuż Wisły.
Początkowo można jechać szutrową drogą wzdłuż wału, ale już po ok. 1 km trzeba wjechać na wał.
Po kolejnych 3 km wjechałam na drogę, bo w aplikacji miałam zaznaczone, że za chwilę będzie stacja benzynowa, a zależało mi, żeby uzupełnić bidon przed wjazdem do Puszczy Kampinoskiej. Okazało się jednak, że to tylko wulkanizacja i autogaz, bez sklepu.
Wróciłam więc na wał i wkrótce dojechałam do mostu prowadzącego na drugą stronę Wisły.
Po drugiej stronie zaczynamy jechać zielonym szlakiem. W pewnym momencie trzeba się przebić przez kawałek bezdroży…
…i dalej jedziemy wzdłuż wału, tym razem po południowej stronie Wisły. Szeroka polna droga prowadzi nas przez ok. 1 km, po czym trzeba wjechać do lasu…
…i jechać dalej już nie taką przyjemną ścieżką.
Chwilę później w miejscowości Nowe Grochale sklep spożywczy, trochę asfaltu i po 30 km od startu, powitał mnie Kampinoski Park Narodowy.
Szeroka szutrowa droga prowadzi może 200 m, po których trzeba skręcić do lasu i dalej jechać węższą, ale też bardzo przyjemną drogą.
Po ok. 4 km zjeżdżamy z zielonego szlaku i kierujemy się na południe żółtym szlakiem.
Nadal jedzie się bardzo fajnie, bez nadmiernego piachu, korzeni czy błota, a po kolejnych ok. 4 km czeka cię dosyć ciekawy i trudny fragment. Kawałek pod górkę a potem z górki po korzeniach. Trochę trzęsło ;)
Potem jeszcze kilkaset metrów pedałowania, kolejny zjazd, tym razem łagodniejszy i po chwili dojedziesz na parking.
Za parkingiem szlak skręca w prawo, jedziemy ok. 1 km po asfalcie, mijając sklep spożywczy i następnie w lewo w szutrową kamienistą drogę.
Droga doprowadzi cię do mostu nad kanałem Łasica.
Następnie jedziemy wąską ścieżką przez obszar ochrony ścisłej „Żurawiowe”.
Mijając piaszczyste fragmenty, wąskimi ścieżkami kierujemy się dalej na południe.
Na 50. kilometrze Park Rozrywki Julinek a w nim poza atrakcjami dla dzieci, możliwość posilenia się porządnym domowym obiadem (chociaż porcja mogła by być większa).
Jeśli wystarczy ci sklep spożywczy, to jest 5 km dalej w Lesznie (zaraz po wyjeździe z lasu, trzeba skręcić w lewo w szlak rowerowy, zamiast jechać prosto pieszym).
Leszno to jednak nie koniec Puszczy Kampinoskiej. Wjeżdżamy z powrotem do lasu i niebieskim szlakiem jedziemy do Zaborowa.
Po ok. 4 km wyjeżdżamy z lasu i jedziemy przyjemną drogą wzdłuż łąki.
Niedługo jednak, bo wkrótce szlak skręca w prawo. Ale chyba nie w tą małą ścieżkę co na zdjęciu, tylko kawałek dalej, bo ta prowadzi przez chaszcze.
Za lasem szlak prowadzi ok. 1 km dosyć ruchliwą drogą do Zaborowa.
Następnie w prawo na południe i w końcu mogłam nacieszyć się wiatrem w plecy. Niedługo, bo było już po 19, więc wiatr zaczął się osłabiać, ale i tak jechało się bardzo przyjemnie. Kolejne 25 km, aż do Podkowy Leśnej to najłatwiejsza część Krwawej Pętli. Prowadzi po asfaltowych i dobrych szutrowych i polnych ścieżkach.
Do tego biegające zające i piękne wieczorne światło :)
W miejscowości Czubin szlak prowadzi prosto, ale droga była nieczynna z informacją, że most jest zamknięty. Postanowiłam nie sprawdzać, czy na rowerze jest przejezdny i pojechałam grzecznie objazdem, a właściwie skrótem przez Biskupice.
Za Podkową Leśną, mając za sobą ok. 90 km, zaczęło robić się ciemno i zimno. Miałam co założyć na górę, ale nie pomyślałam, żeby wziąć coś na nogi i w spodniach do kolan w pewnym momencie zaczęło robić się nieprzyjemnie. Dobrze, że miałam apteczkę, a w niej dwa bandaże, które świetnie sprawdziły się jako nogawki.
Kolejne 10 km to Las Młochowski i Las Komorowski z małym mostkiem i fragmentem podmokłego terenu.
Następnie, o 22:30 kolejny obiad, tym razem w McDonald’sie.
1 km dalej szlak prowadzi w wąską ścieżkę do lasu. Poczekałam przy drodze aż ucichną szelesty jakiegoś zwierzęcia, założyłam słuchawki i włączyłam muzykę, żeby mnie nie stresowały podejrzane hałasy i wjechałam do ciemnego lasu. Daleko jednak nie zajechałam.
Przedarłam się przez te gałęzie, ale zaraz za nimi były kolejne. Postanowiłam więc, że nie będę w nocy przedzierać się przez środek mieszkania jakiegoś zwierzęcia, zawróciłam i wjechałam do lasu 0,5 km dalej.
Teraz czekało mnie 5 godzin nocnej jazdy po korzeniach i błocie z krótkimi odcinkami asfaltów. Myślałam, że mam dobrą czołówkę, ale w lesie przydałaby się lepsza, bo kałuże często zauważałam w ostatniej chwili. Od 2 lat jeżdżę w SPDach, ale zakładam je tylko na dłuższe wycieczki i mam na koncie kilka wywrotek, bo nie zdążyłam się wypiąć po nagłym zatrzymaniu w piachu albo błocie. Zastanawiałam się kiedy tym razem wyląduję w kałuży i to, że ostatecznie to się nie stało, to jakiś cud! Tylko tyłek mnie bolał po tej nocnej jeździe, bo korzeni i dołków często w ogóle nie zauważałam…
W okolicach Mrokowa musiałam trochę zmodyfikować trasę, bo szlak się kończy w miejscu budowy drogi S7. Objazd znalazłam przez Szczaki.
10 km dalej kolejna przeszkoda. Wyjechałam z lasu pewna, że zaraz dotrę do asfaltu w miejscowości Łbiska i patrzę, jakieś dziwne miejsce. Budynek przypominający oborę, przyczepy do przewozu koni, samochody, traktory… „Co to, w jakiejś stadninie koni jestem?”. Za chwilę dotarłam do zamkniętej bramy i zdałam sobie sprawę, że jestem na terenie prywatnym. Zatem szybko w tył zwrot zanim jakiś pies mnie pożre i objechałam to miejsce przez Pęchery.
Dzisiaj akurat byłam w okolicy w ciągu dnia, więc zajechałam z drugiej strony zobaczyć co to tam jest. Okazało się, że sklep jeździecki i że bez problemu mogłam przejechać obok bramy ;)
Kilka kilometrów dalej, za Zalesiem Górnym, zaczęło już robić się jasno. Była 3:30, w lesie czołówka wciąż była potrzebna, ale na otwartej przestrzeni było już coraz więcej widać. Przejeżdżałam przez mały mostek, a nad łąką unosiła się ładna mgiełka.
Zaraz za mostkiem szlak prowadzi w prawo, ale jest nieprzejezdny, a nawet trudny do przejścia i wygląda na teren prywatny.
Trzeba pojechać w lewo, ominąć domy i dopiero w prawo, na szerszą drogę.
Dalej przez las, po korzeniach i szyszkach…
…i kawałek przed Górą Kalwarią, ok. 4:30 pękło 150 km.
Za torami ponownie konieczny jest mały objazd, bo szlak prowadzi przez obwodnicę Góry Kalwarii. Ja przy okazji zjechałam kilkaset metrów na stację benzynową.
W Górze Kalwarii czeka cię ok. 300 metrowy zjazd, który byłby fajny, gdyby nie kocie łby.
Następnie trzeba się przebić ruchliwą drogą na drugą stronę Wisły i wjechać na wał wzdłuż rzeki.
Niestety szeroka ścieżka widoczna na zdjęciu trwa tylko kilkaset metrów. Potem robi się węższa, potem jeszcze węższa, aż w końcu jedziesz po prostu po trawie.
Miałam wtedy już za sobą 165 km i patrząc na to gdzie jestem, wydawało mi się, że może wyjść trochę więcej niż 250 km. Trzymałam się jednak tej liczby, nie chcąc dopuszczać myśli, że trasa może być dłuższa.
Jeszcze kilka km wałem, potem trochę asfaltu i znowu błota…
…a potem bunkry i piachy…
…powalone drzewa,
strumyczek,
korzenie,
gałęzie…
uff.. chwila oddechu.
Bardzo fajny fragment zaczyna się za Mlądzem, gdzie szlak biegnie wzdłuż Mieni, dopływu Świdra. Kilka kilometrów wąskiej, technicznej ścieżki wzdłuż rzeki, po gładkiej, ubitej nawierzchni. Miejscami pojawiają się korzenie, ale nie jest tak, jak na poprzednich kilometrach, gdzie były non-stop.
Problem miałam tylko z przedarciem się na drugą stronę drogi ekspresowej po zakończeniu tego fragmentu. Niby zaledwie 200 m dalej jest przejazd, ale nie mogłam znaleźć żadnej ścieżki, żeby tam dotrzeć. Wszędzie krzaki albo ogrodzenia. Jedyne wyjście jakie widziałam to ścieżka po powalonym drzewie i dotrzeć do drugiego przejazdu.
Sama z sakwą w ręku przeszłam bez problemu, ale został jeszcze rower. Przypomniały mi się pływające pomosty w Narwiańskim Parku Narodowym i nie wiem, gdzie było gorzej, ale znowu się udało :)
Po drugiej stronie rzeki bez problemu przejechałam przez drogę ekspresową i dojechałam do Wiązownej. Tam trzeci obiad, tym razem w Restauracji Mazowsze.
Zaraz potem pękło 200 km.
Niewiele mam zdjęć z dalszej części trasy, bo już mi się nie chciało, myślałam tylko o tym, żeby dojechać do mety. Ale generalnie las, korzenie, szyszki, piach, od czasu do czasu trochę asfaltu.
W miejscowości Zagórze trzeba zrobić objazd, bo szlak prowadzi przez budowę drogi i kolejny w Starej Miłosnej. Ale tam oznaczenia w terenie zostały już dostosowane do nowej drogi i prowadzą odpowiednio. W tym miejscu miałam już za sobą 220 km i wiedziałam, że na pewno wyjdzie więcej niż się spodziewałam, ale mimo to wciąż nastawiałam się na 250, bo „jeszcze tylko 30” brzmi lepiej niż „jeszcze 50”.
A wkrótce nadeszły kolejne problemy spowodowane tym, że szlak został poprzecinany drogami ekspresowymi i autostradami. Okolice Horowego Bagna za Zielonką. Starałam się jechać jak najbardziej po szlaku, przedzierałam się przez wysokie trawy, nielegalnie przez budowę drogi, ale w pewnym momencie odpuściłam i pojechałam na około. Bo według aplikacji mapy.cz tu na wprost jest szlak ;)
250 km pękło 3 km przed Wólką Radzymińską.
Akurat na pięknej szutrowej drodze, zaraz po wyjechaniu z wąskiej ścieżki w lesie. Ale za szybko się ucieszyłam, mając nadzieję, że już aż do Wólki będę jechać taką drogą. Minęło może 300 m po czym ujrzałam taki widok.
I to już nie pierwszy taki na ostatnich kilometrach… Było już kilka powalonych drzew i potem jeszcze kilka. I przy każdym chmary komarów!
Ale nastawiałam się, że już niedaleko, że „jeszcze tylko 10 km” (chociaż w głębi duszy wiedziałam, że wyjdzie więcej).
260 pękło w lesie za Nieporętem.
A ostatecznie 275 km. O 19:20, po 30,5 godzinach dojechałam do stacji PKP w Chotomowie.
Stwierdziłam, że ci co robią tę trasę w kilkanaście godzin to chyba jakieś cyborgi. Ja jestem zadowolona ze swoich 30,5 bo to i tak jedna z moich najtrudniejszych, jeśli nie najtrudniejsza wycieczka :)
Falujące Bebzuny
Mega wyczyn! Gratuluję wytrwałości tym bardziej, że jechałaś sama.
W ostatni weekend robiłem właśnie Krwawą z kolegą, wyszło nam ~249km, 15h45m brutto. Trasa dość trudna, i przy ciepłej pogodzie, dość dużo piachu. Za start obraliśmy Otwock, bo odcinek przy Mieni jest dość trudny, i zdecydowanie nie chcieliśmy go robić po ciemku – dlatego też start było o 4:00. To co nam pomagało nie nadrabiać kilometrów to czasami znajomość trasy (parę tygodni wcześniej podjęliśmy próbę przejechania, ale polegliśmy z powody ulewy na ok. 220km), a czasami upór w myśleniu „tędy da się przejechać, a przynajmniej przejść” Niestety, żeby zrobić to w takim czasie, trzeba jechać bez częstego zatrzymywania się. Mieliśmy dwa dłuższe postoje (Nowy Dwór Mazowiecki, Magdalenka), reszta to tylko na potrzeby fizjologiczne czy wyjęcie kanapki z torby, dolanie wody do bidonów / bukłaka.
Trasa zaliczona, na razie mam dość długich przejazdów na jakiś czas…
maja
Świetny wynik, gratulacje! Macie gdzieś zapis trasy? Jestem ciekawa, w których miejscach jechaliśmy inaczej.
Falujące Bebzuny
oczywiście, grzechem byłoby takie wydarzenie nie zarejestrować
https://www.strava.com/activities/3814652520
Na pierwszy rzut oka wygląda, że jechaliśmy inaczej na Mieni, zaraz potem pod S17, przy sklepie stadniny koni, czy też okolice Nadarzyna…
20km różnicy – dużo czy nie dużo… jak już ma się 250km w nogach, to jednak to może być spora różnica
Robert
Gratuluję wytrwałości!
Prześlesz ślad? Sam mam chęć sie wybrać w najbliższych dniach
maja
Możesz ściągnąc ślad z mojej stravy :)
Falujące Bebzuny
Bazowaliśmy na tym tracku:
https://www.alltrails.com/trail/poland/masovian-mazowieckie/krwawa-petla-2018
Polecam!