Piękna trasa prowadząca wzdłuż potoku w Dolinie Staroleśnej i przez dwie przełęcze: Rohatkę (Prielom, 2288 m) i Polski Grzebień (Poľský hrebeň, 2200 m). Pierwsza część trasy to łatwy szlak z przepięknymi widokami na góry, potok i wodospad, ale Rohatka i Polski Grzebień dały nam w kość…

Rozpoczęliśmy naszą wycieczkę w Tatrzańskiej Leśnej (Tatranská Lesná), gdzie zaczyna się żółty szlak biegnący do małych wodospadów (Wodospady Zimnej Wody, Vodopády studeného potoka). Było gorąco, więc ścieżka wzdłuż potoku była idealna.

studena dolina tatra mountains slovakia

Odpoczęliśmy chwilę przy wodospadach, zjedliśmy obiad w pobliskim schronisku Zamkowskiego (Zamkovskeho chata) i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Nasza wycieczka sprzed roku była wyczerpująca dla moich znajomych, więc tym razem planowaliśmy coś łatwiejszego. Było jednak wcześnie i gdybyśmy poszli czerwonym szlakiem do Schroniska Łomnickiego (Skalnatá chata), jak początkowo planowaliśmy, dotarlibyśmy tam kilka godzin przed zachodem, a nikt z nas nie chciał kończyć wycieczki tak wcześnie. Ostatecznie zdecydowaliśmy udać się do Schroniska Zbójnickiego (Zbojnicka Chata), chociaż ostrzegałam znajomych, że Rohatka i Polski Grzebień, które będziemy pokonywać następnego dnia, na mapie nie wyglądają na łatwe. Zaznaczyłam tę trasę na mapie na mapa-turystyczna.pl.

Szlak do schroniska Zbójnickiego dalej wiódł wzdłuż potoku, otoczony pięknymi widokami. Ja i mój chłopak cały dzień piliśmy tylko wodę z potoku i żałowaliśmy, że wcześniej kupiliśmy wodę i teraz tylko nam ciąży.

Zbojnicka Chata zaskoczyła nas cenami. Spodziewałam się podobnych cen jak w Polsce, tymczasem było znacznie drożej. Już dokładnie nie pamiętam jakie to były ceny, ale pamiętam, że czekaliśmy, aż przyjdzie więcej turystów, bo obsługa nie pozwalała nam zapłacić za nocleg na podłodze, dopóki nie zapełnią się pokoje, a ich ceny były dla nas zupełnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza, że warunki w tym schronisku nie są komfortowe. Brak prysznica, na zewnątrz tylko kran z zimną wodą i drewniane wychodki. Na szczęście była sobota, schronisko szybko się zapełniało i ostatecznie około 30 osób spało na podłodze.

Następnego dnia, ok. 7:30 wyruszyliśmy na szlak. Zgodnie z mapą, wycieczka powinna zająć ok. 6-7 godzin, więc planowaliśmy na wieczór wrócić do Warszawy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że będzie tak trudno… To znaczy widziałam na mapie, że będzie stromo na Rohatce i Polskim Grzebieniu, ale nie spodziewałam się, że będzie tyle śniegu na początku lipca. Powinniśmy mieć raki i czekany, ale oczywiście nie mieliśmy. Dodatkowo zaczęło padać… Trochę stresu się tam najadłam, a koleżanka z lękiem wysokości była naprawdę przerażona. Minęły ponad 4 lata od tej wycieczki i wciąż zejście z Rohatki i Polskiego Grzebienia uznaję za najbardziej niebezpieczną rzecz, jaką robiłam w górach. Mam nadzieję, że już tak zostanie, bo nie zamierzam więcej podejmować takiego ryzyka. Dwójka moich znajomych na zejściu z Polskiego Grzebienia zjechała po zmrożonym śniegu kilka metrów i ja również poślizgnęłam się w jednym miejscu, mimo że byłam naprawdę ostrożna. To jest moment. Idziesz i w pewnym momencie nogi uciekają.

Pomimo tych trudności, po ok. 10 godzinach, szczęśliwie bez poważnych kontuzji i wszyscy żywi, dotarliśmy do Tatrzańskiej Polanki, skąd pociągiem podjechaliśmy do Tatrzańskiej Leśnej.

tatranska polianka

Znaleźliśmy małą rzekę, w której umyliśmy się trochę przed podróżą do Warszawy, usiedliśmy w samochodzie, wszyscy zmęczeni ale szczęśliwi, że teraz odpoczniemy… i nie ruszyliśmy… czuliśmy tylko zapach benzyny, ale silnik nie pracował. Wyszliśmy, pod samochodem zobaczyliśmy kałużę benzyny, chłopaki próbowali dojść do tego co się stało, ale nie mogli znaleźć przyczyny problemu. Niedziela wieczór, znajomi nie wykupili ubezpieczenia samochodu na zagranicę, to co teraz? Poszliśmy do pobliskiego hotelu tam poszukać pomocy (przy okazji zobaczyliśmy ceny w tym hotelu – były tak niskie, że zdecydowałam poprawić moją kondycję, tak żeby następnym razem w Tatrach Słowackich nie musieć nocować w schronisku). Bardzo miła pani na recepcji pomogła nam znaleźć telefon do pobliskiego warsztatu i już mieliśmy dzwonić, ale kolega jeszcze ostatni raz zajrzał pod podwozie. I tym razem znalazł! Okazało się, że wystarczyło wcisnąć jedną wtyczkę.

Uff… jedziemy! Ale to nie był koniec przygód ;) Podczas jazdy ja i mój chłopak zaczęliśmy mieć nudności. Początkowo myśleliśmy, że może to z powodu zapachu benzyny, ale niedługo potem wiedzieliśmy, że to zatrucie pokarmowe. Myślę, że winę ponoszą jajka na twardo, które zrobiliśmy w domu przed wyjazdem a zjedliśmy dopiero w niedzielę, ale podejrzewam też zbyt dużo wody z potoku.

Przez dwa dni nie mogłam nic jeść a w pełni doszłam do zdrowia dopiero po około tygodniu. Mój chłopak cierpiał nawet dłużej. To była ciężka wyprawa…